Analiza przypadków leczenia Letrilem W Klinice Onkologicznej Richardsona
Oto historie przypadków, które ponad wszelką wątpliwość dowodzą, że Letril (witamina B17, amigdalina) jest skuteczny w walce z rakiem. Nie są to anegdotyczne opowieści ani relacje osób, u których nigdy nie potwierdzono choroby nowotworowej. Każdy opis przypadku opiera się na rzetelnej diagnozie oraz szczegółowej dokumentacji medycznej.
Książka przedstawia również osobistą walkę doktor Johna Richardsona, który ściągnął na siebie gniew medycznego establishmentu, gdy wraz ze swoimi pacjentami zdecydował się wybrać terapię metaboliczną, w tym Letril zamiast operacji, leków i radioterapii jako preferowanych metod leczenia.
„Tylko nauka, która utraciła wiarę w siebie, musi używać siły zamiast rozumu, aby przekonać innych”.
Nicholas Von Hoffman
…To, co za chwilę przeczytacie, może brzmieć jak fikcja literacka – wydarzenia są dramatyczne, a granice między dobrem a złem wyraźnie nakreślone. Jak w powieści, głównym bohaterem jest postać o niemal nadludzkich zdolnościach. A jednak każda część tej historii jest prawdziwa, a jej bohater był realnym człowiekiem, który rzeczywiście dokonał wszystkiego, co tu opisano. Wiem to, ponieważ był moim ojcem.
Podobnie jak większość szczęśliwych dorastających dziewczynek uważałam mojego tatę za wspaniałego człowieka. Nie jest to, oczywiście, nic niezwykłego, ale z biegiem lat mój podziw tylko rósł. Był człowiekiem zasad i uczciwości o silnym kręgosłupie moralnym, zakorzenionym w głębokiej wierze religijnej. Jeśli wierzył w jakąś sprawę, nic nie mogło powstrzymać go przed zrobieniem tego, co uważał za słuszne. Był dla nas, jego dzieci, niezwykłym wzorem do naśladowania.
Pracowałam w klinice Richardsona przez siedem lat, więc z własnego doświadczenia wiem, że osoby opisane w tej książce są prawdziwe, a historie ich przypadków nie należą do rzadkości. Należy zauważyć, że klinika ta nie tylko wyprzedzała swoje czasy w stosowaniu preparatu Letril, ale była również pionierem w innych aspektach medycyny żywieniowej, w tym w kwestii równowagi kwasowo-zasadowej, która w ostatnich latach znalazła się w centrum zainteresowania mediów zajmujących się zdrowiem i żywieniem…
♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦
…Nie byłam w najmniejszym stopniu przygotowana na moją pierwszą wizytę w klinice Richardsona. Jako pielęgniarka spędziłam dużo czasu na oddziałach onkologicznych i doskonale wiedziałam, czego się tam zwykle spodziewać: ciężkiego zapachu rozkładającego się ciała, przygaszonych spojrzeń i ziemistych twarzy zrozpaczonych pacjentów, skazanych na nieludzkie trwanie w oczekiwaniu na nieuchronny finał.
Nikt nie lubi przebywać w obecności śmierci. A ponieważ medycyna konwencjonalna może zrobić tak niewiele poza maskowaniem bólu lekami otępiającymi umysł, lekarze i pielęgniarki często unikają pacjentów z nieuleczalnym rakiem w takim stopniu, w jakim jest to etycznie dopuszczalne. Badania są krótkie. Rozmowy ograniczone do minimum. Gdzie tylko można, pacjent trafia pod opiekę personelu pomocniczego. Oddziały onkologiczne i kliniki nowotworowe są do siebie podobne: bezosobowe, duszne, przygnębiające.
Dlatego też ku mojemu zdziwieniu odkryłam, że klinika Richardsona nie wpisuje się w ten ponury schemat. Pierwszą rzeczą, która mnie uderzyła, było to, że pacjenci oczekujący na leczenie prowadzili ożywione rozmowy. Rozmawiali nie tylko o swojej chorobie, ale także o swoich dzieciach i wnukach, o planowanej podroży krajoznawczej, którą zamierzali odbyć, gdy tylko poczują się na siłach, oraz o powrocie do pracy. Ci ludzie nie byli pogrążeni w myślach o śmierci. Oni planowali swoje życie!
Następnie zwróciłam uwagę na postawę personelu. Pracownicy naprawdę lubili przebywać z pacjentami i poświęcali każdemu z nich dużo czasu. Widać było, że czerpią prawdziwą satysfakcję z obserwowania poprawy stanu zdrowia pacjentów – porównywali dzisiejszy wygląd pacjenta z tym sprzed tygodnia czy miesiąca i szczerze cieszyli się z najmniejszych postępów. Ich żarty nie były wymuszonymi, protekcjonalnymi próbami rozweselenia w obliczu tragedii, ale autentycznymi wybuchami radości ludzi, którzy naprawdę lubią swoją pracę.
I wtedy uderzyło mnie coś jeszcze: w powietrzu nie było charakterystycznego ciężkiego zapachu, który tak często unosi się w miejscach, gdzie choroba nowotworowa jest zaawansowana.
W tym momencie z gabinetu wyszedł mężczyzna w średnim wieku. Z szerokim uśmiechem ogłosił pacjentom, że to ostatni dzień leczenia pani Takiej a Takiej (wszyscy zareagowali na to imię), że następnego ranka wraca do Illinois i że wszyscy są zaproszeni na przyjęcie z okazji jej wyjazdu.
Przyjęcie w klinice onkologicznej?!
Przypomniałam sobie czasy, kiedy byłam studentką pielęgniarstwa na oddziale ortopedii w szpitalu uniwersyteckim w Michigan. Tam panowała podobna atmosfera. Oczywiście, pacjenci mieli swoje problemy – niektórzy z nich dość poważne – ale wszyscy wiedzieli, że w ogromnej większości przypadków wyzdrowieją lub przynajmniej powrócą do niemal normalnego życia, w zdrowiu i szczęściu. W tym czasie nastroje były zazwyczaj dobre, układano plany na przyszłość i wszyscy z niecierpliwością czekali na dzień wypisania ze szpitala.
Kiedy ktoś jest wykształcony w medycynie akademickiej, tak jak ja, trudno jest zachować otwarty umysł na wszystko, co wykracza poza zawodowy konsensus. Być może jest to nawet trudniejsze niż dla laika, który przynajmniej nie musi oduczać się dawnych przekonań, aby przyjąć nowe prawdy. Nic więc dziwnego, że moja pierwsza reakcja na terapię Letrilem była dość sceptyczna.
Po raz pierwszy usłyszałam o Letrilu w 1971 r. w sklepie ze zdrową żywnością. Chociaż koncepcja raka jako choroby wynikającej zasadniczo z niedoborów żywieniowych przemawiała do mnie, byłam przekonana, że gdyby istniały jakiekolwiek solidne podstawy naukowe, duże ośrodki badawcze już dawno by się tym zajęły, dokładnie przetestowały i przedstawiły wyniki światu – nie poprzez sklepy ze zdrową żywnością, ale poprzez oficjalne kanały medyczne.
Miło jest mieć takie zaufanie do własnego zawodu. Dlatego doskonale rozumiem mieszane uczucia pielęgniarki dyplomowanej, która niedawno zgłosiła się do kliniki Richardsona po tym, jak jej lekarz powiedział wprost, że nie ma już nadziei na wyleczenie. Kobieta ta – mająca, nawiasem mówiąc, tytuł doktora nauk pielęgniarskich – wdała się w rozmowę z pacjentem, który wrócił na kontrolę. Był to pięćdziesięciotrzyletni włoski kawaler, któremu osiem miesięcy wcześniej w szpitalu powiedziano, że zostało mu mniej niż dwa miesiące życia. Od momentu rozpoczęcia terapii w klinice Richardsona odzyskał dawną radość życia i właśnie wrócił z bardzo udanego dnia spędzonego na torze wyścigowym.
Była to pierwsza wizyta pielęgniarki w klinice. Kobieta miała jednak poważne wątpliwości co do swojej obecności w tym miejscu. Mężczyzna szybko wyczuł jej niechęć i niemal odruchowo zaczął jej wyjaśniać trofoblastyczną teorię raka, rolę enzymów trzustkowych oraz znaczenie właściwego odżywiania. Kiedy pielęgniarka powiedziała, że nie jest w stanie codziennie przyjmować „tych wszystkich tabletek”, mężczyzna – który porzucił naukę w szkole średniej – spojrzał na nią, kobietę z tytułem doktora, i odparł: „Jak to nie możesz? Przyszłaś tu po pomoc. Przeszłaś już operację. Taka miła pani jak ty ma owłosienie na twarzy, ponieważ jakiś lekarz namieszał ci w hormonach. Powiem ci, jak brać te tabletki. Po prostu weź kilka naraz do ręki, wrzuć je do ust i popij wodą. Oczywiście, że dasz radę. Wkrótce będziesz wdzięczna Bogu, że to zrobiłaś!”.
Najtrudniejszą prawdą dla wielu profesjonalistów nie jest jednak tabletka witaminowa. Jest to myśl, że się mylili – że oni oraz ich koledzy ostro krytykowali tych, którzy mieli rację. To upokarzające. Po latach przepisywania leków na niemal każdą dolegliwość i wyśmiewania „głupich fanatyków żywieniowych” za głoszenie alternatywnych metod odżywiania, przychodzi moment, w którym specjalista znajduje się w potrzasku. Tak często i tak ostro krytykował medycynę naturalną, że teraz zagrożona jest jego reputacja, a on sam ma osobisty interes w podtrzymywaniu swojego błędnego poglądu.
Wiem to, ponieważ sama przez to przeszłam. Nie było łatwo zaakceptować medycyny alternatywnej jako naukowo uzasadnionego podejścia do opieki zdrowotnej. Szczególnie trudno było uwierzyć, że choroba tak złożona jak rak może być w istocie zmiennym zestawem objawów wynikających z niedoboru jednej witaminy i jednego enzymu. Jednak człowiek może zaprzeczać rzeczywistości tylko przez pewien czas. Moje osobiste doświadczenia z pacjentami stosującymi terapię Letrilem od 1972 r. nie pozostawiają już miejsca na sceptycyzm. To, co widziałam na własne oczy, jest dla mnie przekonujące ponad wszelką wątpliwość. Letril okazał się skuteczny w zwalczaniu raka u ludzi. Niniejsza książka została przygotowana, aby inni mogli zapoznać się z dowodami, które doprowadziły mnie do tego wniosku.
Od czasu publikacji pierwszego wydania tej książki, prawie trzydzieści lat temu, wiele się wydarzyło. W tym czasie naukowa skuteczność stosowania Letrilu była wielokrotnie potwierdzana. Niestety, medycyna akademicka – głęboko zakorzeniona w przemyśle farmaceutycznym – pozostała na ten fakt obojętna, a czasami wręcz wroga. Nie jest to zaskakujące. Każdy ważny przełom medyczny w historii spotykał się z podobnym oporem ze strony utrwalonych przekonań. Smutne jest jedynie to, jak wysoką cenę płacą za to ludzie. Dobrą wiadomością jest jednak to, że Ty i Twoja Rodzina nie musicie stać się częścią ponurej statystyki. Informacje zawarte w opisach przypadków są drogowskazem ku lepszej przyszłości.
Czuję się zaszczycona, że mogę odegrać choć niewielką rolę w jednej z najważniejszych i najbardziej ekscytujących rewolucji medycznych w historii. Rewolucje jednak rzadko bywają łagodne. Uczciwi ludzie po obu stronach sporu są poświęcani na polu walki. Ci, którzy przetrwają, często do końca życia noszą w sobie ciężar goryczy i żalu. Mam ogromną nadzieję, że niniejsze opracowanie przyspieszy nadejście dnia, w którym ta rewolucja dobiegnie końca, a słowo „rak” zostanie zepchnięte na zakurzone karty historii…
Patricia Irving Griffin, pielęgniarka dyplomowana
z tytułem licencjata nauk ścisłych
21 czerwca 2005 r.






Opinie
Na razie nie ma opinii o produkcie.